Historia jednej delegacji

A właściwie dwóch.

Pierwsza była w lutym. Wiadomo z góry, że przy określonym typie wyjazdu koszty podróży są zwracane do pewnej kwoty, nie pierwszy raz jechałam w taki sposób, więc przygotowałam kilometrówkę, zaopatrzyłam jak zawsze w adnotację, że proszę o zwrot do kwoty X, podpisałam, złożyłam i już.

Po jakichś trzech, czterech tygodniach zadzwoniłam z pytaniem, co słychac, i czemu jeszcze nie mam kasy. Odpowiedź była krótka: pani od delegacji jest chora. Czekać.

Za kolejne dwa tygodnie dzwonię znowu. Hmmm…. Zmieniła się regulacja. Ponieważ mam dostać mniejsze pieniądze niż z kilometrówki wynika, muszę napisać podanie do rektora o obniżenie stawki za kilometr z poziomu przewidzianego przepisam do takiego, żeby się zmieścić w kwocie X.  Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się pisać podanie o to, żeby ktoś wyraził zgodę na to, żebym została w świetle przepisów skrzywdzona (czysty masochizm, słowo daję), ale napisałam. - Czekać.

Kolejny czas minął. Zadzwoniłam jeszcze raz. Okazało się, że muszę przyjść do kwestury zaparafować zmiany na kilometrówce. Osobiście. Inaczej nie będzie.

Poszłam. Przy okazji wyszło, że pani wyliczyła mi zgodnie z kilometrówką po nowej stawce tak, że jej do wypłaty wyszła równo kwota X. - Rozliczyła mnie z dokładnością do 0,3 km… - Ale potem przelew był błyskawicznie. Znaczy delegację złożyłam w lutym, pieniądze przyszły na początku maja, ale przyszły…

W międzyczasie dowiedziałam się, że i tak jeszcze miałam lekko. Bo koledzy chcieli rozliczyć swoje delegacje, a tam im kazali donieść dowód wpłaty wpisowego na kongres (sama faktura od organizatorów nie wystarczy) oraz do biletu lotniczego donieść kartę wstępu na pokład (bo mógł wykupić, a nie polecieć).

W następną delegację pojechałam w kwietniu. Samochodem, bo miałam odebrać pudła i pudełka. Ze spaniem w hotelu. Za hotel zapłaciłam kartą, pewna, że tym razem mnie żadne górki i dolinki już nie czekają. I zaniosłam papiery do naszej sekretarki, pani życzliwej ludziom z definicji.

W tydzień po złożeniu delegacji (zaopatrzonej na wejście w moją deklarację, że proszę o jedną dietę i ani kawałka diety więcej) okazało się, że mi jej dziekan nie podpisze, dopóki nie wytłumaczę, dlaczego samochód. No dobra, piszemy wyjaśnienie, papiery wracają do dziekana.

Za tydzien szczęśliwa wiadomość: podpisał. Uff, można składać! Poszły moje papiery z panią Małgosią do kwestury. Zostały obejrzane od dołu do góry i z powrotem. I pani w kwesturze zauważyła, że nie mam faktury VAT za hotel, tylko zwykłą fakturę. I co? I wykład na dobry kwadrans, że “ci pracownicy to tacy bezmyślni, a potem przez nich same kłopoty”. Trzeba napisać podanie do rektora. Tym razem o to, żeby zechciał uznać tę fakturę hotelową za zastępczy dowód księgowy.

Jak trza, to trza. Napisałam podanie, z lekka zgrzytając zębami. I zostawiłam komplet pani Małgosi, która obiecała się nim zająć.

Za kolejne dwa tygodnie pytam-ci ja panią Małgosię, czy już może coś wiadomo w sprawie mojej delegacji. Na to pani Małgosia, że nie wie, ale że to nie tak prędko, bo właśnie parę dni temu ją zaniosła do rektora do podpisu… Wrrrrrr.

Minął kolejny tydzień. Mail do pani Małgosi, do kogo mam dzwonić, żeby się dowiedzieć, co słychać z moją delegacją. Odpowiedź taka: “Odniosłam w swoim czasie cały zestaw, po dodaniu Pani pisma, do rektoratu,
z informacją, że kwestura sobie odbierze. Zachodziłam dziś do kwestury,
ale ponieważ to ja zanosiłam do rektora, a nie one, więc nie było tej
delegacji wpisanej do zeszytu. Pani “od delegacji” nie pamiętała, czy tej
delegacji jeszcze nie odebrała, czy ona poszła do podpisu do kwestora. Na
pytanie, dokąd dzwonić, odpowiedziała, że dzwonić nie trzeba, bo na pewno
tę sprawę załatwi i pieniądze będą przygotowane (jednak bez określenia
terminów).”

Mimo wszystko postanowiłam zadzwonić własnoręcznie.

I cóż:  okazało się, że papiery wracają do nas, ponieważ dziekan nie podpisał wniosku wyjazdowego (do tej pory nikt tego od niego nie oczekiwał) i nie podpisał kilometrówki. No to ja znowu do pani Małgosi… Poszła, biedna, odebrać, informując mnie uprzednio, że mogą być schody, bo dziekan dla i z zasady kilometrówek nie podpisuje. A przy okazji w kwesturze wyszło jeszcze, że: 1) wniosek (ten nie podpisany przez dziekana) to powinien być w oryginale, a nie w ksero (oryginał trafił do działu, co się wyjazdami zagranicznymi zajmuje, ale pani stamtąd na szczęście pożyczy) oraz 2) kilometrówkę rozpisałam zgodnie ze stanem licznika samochodu, co nie jest właściwe, skoro google podają inną ilość kilometrów.

Teraz muszę zatem napisać kolejne pismo, wyjaśniające, dlaczego google mówią 211, a ja mówię 240. I się modlić, żeby ode mnie nie chcieli zaświadczenia, że byłam szczepiona na cholerę.

Komentarze

Po co jest dzwonek w centrum medycznym

W sobotę Mysza spadła dość skutecznie z roweru. Na tyle skutecznie, że jej kolano w niedzielę jeszcze się paskudnie sączyło. Więc wymyśliliśmy, że skoro już płacimy abonament pewnej firmie medycznej, to niech się wykażą i niech nam porządnie to kolano zaopatrzą.

Nie było potrzeby wzywania lekarza. Wymyślilismy, że skoro tam tak czy tak cały czas musi być jakiś ratownik medyczny, to nawet nie ma sensu dzwonić i się zapowiadać. 

Tak więc stanęliśmy przed drzwiami naszego centrum medycznego. Drzwi zamknięte, ale to normalne, bo przecież niedziela. Obok drzwi domofon. Zadzwoniliśmy.

Cisza jak makiem zasiał, nie licząc ruchu ulicznego za krzakami. Brak śladów życia.

Zadzwoniliśmy ponownie, już nieco dłużej trzymając palec na guziku.

Centrum medyczne sprawiało wrażenie wymarłego…

Pozostało jedno wyjście: komórka z kieszeni i dzwonimy na gorącą linię, żeby im powiedzieć, że tupiemy nogami przed wejściem nooooooo….. - W ciągu 2 minut byliśmy już w środku.

Zadzwoniłam dzisiaj do pani z działu obsługi klienta (to taka nowocześniejsza wersja książki skarg i zażaleń) z dyskretną sugestią, żeby może naprawili ten dzwonek, bo wstyd… I zaliczyłam kolejny szczękopad.

Otóż dzwonek jest. Tyle że odłączony. Bo się żule plątały po terenie i tego dzwonienia nie dało się wytrzymać.

Wniosek prosty: dzwonek w centrum medycznym jest po to, żeby nie przeszkadzać ekipie.

Komentarze

To się po prostu w głowie nie mieści

Jakiś czas temu zaplanowaliśmy wyjazd na ferie w góry. Mysza potrzebuje zmiany klimatu, pogrzebałam w sieci, znalazłam coś, co brzmiało nieźle. Pokój trzyosobowy z łazienką. Można przywieźć psa. Jest dostęp do sieci. Lodówka, czajnik i mikrofala, w razie potrzeby dostęp do kuchni. Opowiedziałam pani, że planujemy spacery, że narty itede to niekoniecznie.

Pojechali moi. Z babcią zamiast mnie. Po przyjeździe telefon od R., że warunki średnie, że pokoik maciupeńki i jeszcze na poddaszu, więc skosy. Że klitka dla tych, co na nartach cały dzień jeżdżą, a wieczorem gdzieś muszą paść. Ale nie dla trojga dużych ludzi, z których jeden jeszcze ma zamiar czasami pracować. - Zaliczka zapłacona za jedną noc, więc postanowili poszukać czegoś innego. I znaleźli w porównywalnej cenie bez porównania lepsze, od jutra, dzisiaj jeszcze zajęte.

Więc R. poszedł do pani uprzedzić, że jutro się wyprowadzają. Bo ciasno i niewygodnie. Pani zbladła i coś zaczęła nadawać, że tak nie można, że ona traci zarobek. Mąż pani z drugiego pokoju ryknął “Niech idą w cholerę, nawet dzisiaj!” Na dzisiaj się R. specjalnie zgodzić nie chciał, w końcu za jedną noc mają zapłacone…

Pół godziny później (koło 19:30) pani przyszła do nich na górę. Że bardzo by prosiła, żeby jutro opuścili pokój przed dziewiątą rano. A tak w ogóle to bardzo by jej odpowiadało, gdyby opuścili pokój jeszcze dzisiaj…

No i się wyprowadzili od razu. Po prostu żadne z nich nie miało ochoty już tam dłużej być. Na szczęście w tym nowym miejscu znalazł się na dzisiaj też sensowny pokój przejściowy.

Pani oczywiście zaliczki nie zwróciła.

A ja mam ochotę coś jej zrobić, ale nie wiem co… W każdym razie unikajcie jak ognia oferty www.noclegiuewy.pl !

Komentarze

Czarny humor

Mieliśmy kiedyś świnkę morską, kupioną w szale radości, że Myszy nie wyszły żadne alergie w testach. W praniu okazało się, że Mysza faktycznie nie jest uczulona na Felka, ale R. jak najbardziej - i Felek wyemigrował do rodziców. Był u nich coś koło pięciu lat i zdechło się biedakowi ostatnio.

Rodzice zdążyli się byli do zwierzaka przywiązać. Kiedy więc wyzionął ducha, zaczęli zastanawiać się nad miejscem pochówku. Otóż jest, jak się okazało, coś takiego jak cmentarz dla zwierząt. Z hmmm radosną ceną: za pierwsze dwa lata płaci się 300 zł, za każdy następny rok kolejnych 60. - Stanęło zatem na tym, że się Felkowi znajdzie ładne miejsce pod krzaczkiem bzu.

Rodzice przygotowali zwierzaczka na ostatnią drogę. Zawinęli w coś miękkiego i wsadzili do kolorowej reklamówki. Z tym że chyba zagrała im podświadomość, bo tę reklamówkę opłakaliśmy rzewnymi łzami.

Otóż zaopatrzona była w slogan reklamowy: “Wyraźnie taniej!”

Komentarze

Konkursy radiowe czyli PRL

Mysza się napaliła na jedną audycję. Słucha jej regularnie, a że audycja zakłada aktywność słuchaczy, od dawna próbowałyśmy się dodzwonić. W sobotę wyszło. No ale audycja jakby dwuwątkowa, najpierw można wygrać książkę, potem można wygrać grę. Za pierwszym podejściem udało się z grą, więc wczoraj postanowiłyśmy wystartować do książki. Znowu trafiony… tyle że znowu w grę.
Postanowiłam zatem spróbować dzisiaj raz jeszcze. Technikę mam opanowaną, wiszę na dwóch telefonach jednocześnie, robiąc trzecią rzecz i myśląc o czymś innym tak długo, jak długo mam zajęte. - W pewnym momencie włączyłam świadomość, bo sygnał w słuchawce był wolny.
Odebrała miła pani. Przedstawiłam się, jak zwykle, zapytałam, czy możemy się zgłosić do tego konkursu za książkę.
No i się nasłuchałam… Ciągle uprzejmie było. Ale to nie fair, żeby dzwonić dzień po dniu. Bo audycja ma dużą słuchalność i są jeszcze inne dzieci, które też chcą się dodzwonić. Zwłaszcza jak nagrody tak atrakcyjne jak te gry. Usiłowałam pani wyjaśnić, że nie chcemy gry, chcemy książkę… Nie i już. Karencja co najmniej dwa tygodnie.
Przez chwilę poczułam się jak w latach osiemdziesiątych w sklepie spożywczym na rogu…

Komentarze

Zastrzyk hmmm

Myszę złapała grypa żołądkowa. Przypadłość mało miła. A że przy okazji bolało, i to dość ostro, to pani doktor zaordynowała nam nospę w zastrzyku i jeszcze coś przeciwbiegunkowego.

Przyjechał miły pan w firmowym ubranku, ustalił z Myszą, że była grzeczna, więc nie zasługuje na igłę XXL. Mysza tak się zafascynowała przygotowaniami do zastrzyku - rozbijanie ampułki, nabieranie leku; rozbijanie drugiej ampułki, nabieranie leku do drugiej strzykawki; wreszcie: wystawianie tego i owego na światło dzienne i wybór półkuli, że się w pewnym momencie zaczęła przeokropnie śmiać. I tak wyła ze śmiechu w poduszkę przez cały czas dozowania leków. Autentycznie ze śmiechu…

Pan na wyjście powiedział tak: “No, to jadę rozśmieszyć następnego pacjenta!”

Ciekawe, jak mu poszło :-)

Komentarze

Specjalnie dla tego wpisu

i wszystkich następnych zrobiłam osobną kategorię. Nazwałam ją “ekstaza lingwistyczna”, a wpisywać będę zwroty i sformułowania, które zachwycają swą głębią i obrazowością :-)

Przypadek na dzisiaj:

Postawić w stan upadłości :-)

Komentarze

No i mnie dopadło…

Parę dni temu pisałam o córce Antoniego i Józefa…

Byłam tłumaczyć przy akcie notarialnym. I panienka przygotowująca ten akt chyba miała gotowca i była nieco roztargniona. Wpisała do aktu mnie. Z dopiskiem: “córka Ryszarda i Jerzego”…

Moja mama bardzo się cieszy. Powiedziała, że zawsze chciała być Jerzym!

Komentarze

Kolejny kwiatek tłumaczeniowy

Pismo od sądu. A w nim taka oto fraza: “Byłabym Państwu bardzo wdzięczna za pilną odpowiedź.”

Patrzę ci-ja na pieczątkę imienną tego, to podpisał. A tam jak byk: “Mariusz X, sędzia”

 Kryzys tożsamości w sądownictwie?

Komentarze

Viva Pocztex!

Jak to czasami niewiele trzeba, żeby się człowiek poczuł wolniejszy od trosk…

Wyszło mi dzisiaj znienacka, że muszę jeszcze dzisiaj wysłać poczteks. Normalnie zamawiam panów przez sieć, bo dodzwonić się w zwyczajny dzień nie idzie; dzisiaj było już późno, więc mimo wszystko sięgnęłam po telefon.

Dodzwoniłam się od pierwszego kopa. Przedstawiam się nazwiskiem i ulicą i pytam, czy jest szansa na dzisiaj, bo mam pilną potrzebę. Pan po drugiej stronie podał mi w celu identyfikacji mój numer domu i mieszkania… Zakochałam się w nim od razu, chociaż kocham ich wszystkich i nie wiem, którego dzisiaj najbardziej. Powiedział, że spokojnie kogoś do mnie podeślą. Ustaliłam godzinę - od 15.30 w górę. I co? Pan kurier podjechał pod mój dom o 15.25 i grzecznie odczekał te pięć minut w samochodzie… Serce we mnie urosło. Dzięki, Panowie, poprawiliście mi dzień!

Komentarze

« Poprzednie wpisy